ROZDZIAL 44
Minęły kolejne tygodnie, a Tori czuła się coraz bardziej jak bomba z opóźnionym zapłonem. Każdy dzień dłużył się w nieskończoność, a ona nie mogła znaleźć sobie miejsca. Czasami czuła ekscytację – Capitano wracał. W końcu. Ale potem przychodziły myśli...
Czy wróci taki sam? Czy w ogóle będzie chciał z nią rozmawiać?
Nie wiedziała.
Nie miała z kim o tym porozmawiać. Mitsuki bawiła się jej niepewnością, jak kot myszą, a Tartaglia... cóż, ostatnio jakby unikał jej bardziej niż zwykle.
W końcu nadszedł dzień, na który czekała.
Wielka brama otworzyła się z głośnym skrzypieniem, a na dziedziniec zamku weszła grupa żołnierzy. Na ich czele szedł on.
Capitano.
Tori nie mogła oderwać od niego wzroku. Był taki sam... a jednocześnie inny. Jego postawa wciąż była pełna autorytetu, ale coś w nim się zmieniło. Coś w sposobie, w jaki rozglądał się po zamku.
Czy naprawdę wracał do domu? Czy czuł się tutaj jeszcze mile widziany?
Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.
Tori wstrzymała oddech.
To było tylko sekundy. Tylko moment. Ale poczuła, jakby ktoś ścisnął jej serce.
Nie podszedł do niej. Nie zatrzymał się. Po prostu przeszedł obok, kierując się prosto do zamku.
Tori stała jak sparaliżowana.
Czy właśnie to oznaczał jego powrót?
Czy teraz mieli być dla siebie obcy?
Wieczorem, gdy zamek tonął w ciszy, Tori nie wytrzymała. Nie mogła dłużej czekać.
Nie obchodziło jej, czy to było głupie. Nie obchodziło jej, czy powinna dać mu czas.
Ruszyła do jego pokoju.
Zapukała raz. Nic.
Zapukała drugi.
— Wejść.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem. Capitano siedział przy biurku, opierając się na dłoni. Na jego twarzy malowało się zmęczenie.
— Chciałeś się ze mną zobaczyć? — zapytała, wchodząc do środka i zamykając drzwi za sobą.
Podniósł na nią wzrok.
— Nie miałem okazji cię przywitać.
— To dziwne, bo wydawało mi się, że miałeś. Po prostu tego nie zrobiłeś.
Cisza.
— Capitano, do cholery, powiedz coś.
— Co mam powiedzieć?
Tori poczuła, jak wzbiera w niej frustracja.
— Cokolwiek! Czekam na ciebie od miesięcy! Nie dawałeś znaku życia, nawet jednego listu!
Jego oczy błysnęły niebezpiecznie.
— Myślisz, że bym nie napisał?
Zamarła.
— Co?
— Myślisz, że bym nie próbował?
Poczuła, jak robi jej się zimno.
— Nie rozumiem...
Capitano wstał i podszedł bliżej.
— Nigdy nie dostałaś żadnego listu?
— Nie...
Jego wyraz twarzy zmienił się w coś, czego nie widziała u niego wcześniej. Wściekłość.
Tori czuła, jak jej myśli wirują w szaleńczym tempie.
Czy ktoś... ich oszukał?
Czy to wszystko było zaplanowane?
I jeśli tak...
Kto za tym stał?
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen2U.Com